Dlaczego nie lubię być FIT babką?

fit babka śniadanie
Są w języku ojczystym słowa, których nie znoszę, które mnie mentalnie ranią i których nie trawię. Słowo „DIETA” jest zaraz za „WSADZIĆ” – najbrzydszym, najgorszym wyrazem w języku polskim. A FIT to nic więcej, jak lans w dzisiejszym świecie, taka moda

Słowo DIETA mnie doprowadza do szału – nienawidzę, nienawidzę i jeszcze bardziej nienawidzę. Dieta ma dla mnie tak wiele w sobie ograniczeń, wyrzeczeń, dyscypliny, nie pozostawia żadnego marginesu, jest nieelastyczna i na dodatek – budzi mój wewnętrzny opór, sprzeciw, bunt. Nie chcę konfrontacji po raz kolejny, nie chcę jej pacyfikować – chcę, aby zniknęła raz na zawsze z mojego życia (i słownika). Dieta i jej rodzina (wyrazów).

Moja fit przygoda ma bardzo długą historię i nie zaczyna się od ciąży. W ciąży przybyłam 30 kg, wyglądałam koszmarnie, ale równo 5 miesięcy po porodzie wskoczyłam w dżinsy. Te same, w których chodziłam, zanim zaszłam.

Moja fit przygoda zaczęła się w 33 roku życia

Złożyło się na to wiele czynników, aż w pewnym momencie, jak nie mogłam założyć rano skarpety to się naprawdę poważnie wkurzyłam. Oczywiście w wieku 34 czy 35 lat to nie myśli się jeszcze o zawale, wieńcówce i całej tej reszcie… (ja w każdym razie nie myślałam) No ale jak mnie męczyło poranne ubieranie się!

Był jednak jeden wielki plus! Miałam miseczkę w rozmiarze C! WOW.

Próba 1: Program fitnesowy: karnet open siłownia + damskie urządzenia + dietetyk i dieta

No po prostu czad, bo to wszystko prawie za darmo w ramach jakiegoś projektu i – uwaga! – nawet trochę mi się udało, niemniej jednak ograniczenia żywieniowe dla kogoś, kto uwielbia jeść (jak ja) i kto ma mocno nieregularny tryb życia wynikający z tego, że ma dwa etaty + różne wydarzenia towarzyskie i małe dziecko – no niestety – nie dałam rady i oczywiście nie kontynuowałam. Program ten przypadał na miesiące letnie i nie miałam możliwości spreparowania 6 posiłków na cały dzień i trzymania ich w aucie – rozumiecie.

W tym czasie próbowałam również wdrożyć zdrowe odżywianie w domu – na propozycję zakupu parowaru elektrycznego usłyszałam 2 argumenty: „gdzie to będziesz trzymała” i „jedzenie z tego jest bez smaku, niedobre”. Gotowanie codziennie posiłków w podziale na moje i reszty – finansowo i organizacyjnie absolutnie było wykluczone. Ale rzeczywiście to był okres, gdy sporo czasu poświęciłam na próby wdrażania zdrowszego odżywiania w naszym domu. Przeczytałam sporo pozycji, bo lubię teoretycznie poznać temat zanim zacznę coś działać w  danym obszarze (jeśli czytacie mój blog uważnie, to wiecie, że akurat blogowanie było odstępstwem potwierdzającym tę regułę). Przeczytałam wiele o różnych dietach, sposobach eliminowania, różnych podejściach do odchudzania.

Próba 2: FORMA osiedlowa

Dosłownie w bloku obok jest klub fitness dla pań. Aerobiki, TBS, ABS, piłki, niby-zumba i inne takie (zresztą teraz już chyba jest nieczynny, zaglądałam niedawno i wisi kartka z wakacyjnym rozkładem) – karnet płaciłam chyba 60 zł za 2 x w tygodniu. Zużyłam aż 2 (?!) karnety. Efektów fit nie zauważyłam. Dla mnie przede wszystkim zbyt głośno, za mało kameralnie i te meczące small-talki w przebieralni… jedyne co miło wspominam, to kąpiel, którą mi w domu przygotowali po powrocie z fitnesu – pełna, pachnąca wanna, świece i totalny relax – było warto!

W tym okresie chciałam również rozgryźć temat psychologicznie i zakupiłam książkę „Diet coaching” przez którą nie przebrnęłam. Nie przebrnęłam nawet przez wstęp, ani rozdział pierwszy.

Próba 3. Z sieciówką po kieszeni

Zachęcona zwierzeniami znajomej postanowiłam dać szansę jednej z sieci dietetycznych – dużym atutem było to, że sieć otworzyła punkt konsultacyjny w moim mieście – wszystko było genialnie, dopóki nie dostałam rozpiski ograniczającej zwanej DIETĄ i nie zdałam sobie sprawy, że konsultacje są bezpłatne tylko, jeśli kupisz dodatkowe preparaty (a jak nie kupisz to stówka leci). No i efekty – mimo preparatów, diety (niezbyt w moim guście) – znikome. Za to w portfelu – dotkliwie odczuwalne.

Próba 4. Motywacja pt. „dla Męża”

Pewnego razu usłyszałam coś bardzo przykrego, od bardzo bliskiej mi osoby – od Męża. Zawzięłam się i w 2 miesiące zruciłam 6 kg. Głodząc się. Odpuszczałam tylko w weekendy, ze względu na inny tryb życia na działce (grille, piwko itd.). Na co dzień jadłam w pracy 2 banany – jak już czułam, ze zaczyna boleć mnie głowa z głodu i wieczorem ok 18.00 w domu jadłam jajecznicę z 2 jajek + pomidor.

Było bardzo dobrze jeśli chodzi o efekty. Gorzej psychicznie.

Dlaczego mi się nie udaje być fit babką?

FIT

  1. Bo paraliżuje mnie słowo dieta. Ja po prostu bardzo lubię jeść – dobrze jeść, głównie bazuję na mięsie, nie przepadam za nabiałem i za owocami. Taka konstrukcja. No i lubię piwo.
  2. Bo jestem osobą totalnie nie fizyczną – nienawidzę wysiłku fizycznego, pocenia się oraz hałasu, który sprzyja wysiłkowi fitnesowemu (jeśli ktoś jeszcze nie wie – ponad wszystko cenię sobie spokój i ciszę). Próbowałam różnych sportów (siłownia, fitnes, rolki, rower, basen); z ćwiczeń fizycznych kręci mnie tylko joga, na którą zwyczajnie w świecie mnie nie stać (karnet na jogę był jednym z bardziej trafionych prezentów-niespodzianek, które dostałam i dostarczył mi miesiąc wspaniałego samopoczucia)
  3. Siłownia kojarzy mi się z napakowanymi półgłówkami
  4. Bycie fit to szereg obowiązków i zobowiązań, a ja lubię niezależność i wolność w szczególności jeśli chodzi o moje ciało, mój mózg
  5. Nie chcę i nigdy nie chciałam się wyrzeźbić, tylko schudnąć, schudnąć a nie być fit
  6. Bo nie mam pieniędzy – to jednak kolejne stówki obciążające budżet, odpowiednie składniki do jedzenia, oczywiście niezależnie od całego budżetu na wydatki spożywcze dla reszty rodziny, a do tego karnety na fitnes i wizyty u dietetyków, coachów itd.
  7. Wychodzę z założenia, że powinno się kochać za wnętrze a nie za wygląd (chociaż istnieje szansa, że nie towarzyszę memu Mężowi zbyt często właśnie z powodu tego, że nie dbam o to właśnie jak źle wyglądam, nie pasuję teraz do Niego i do jego fit stylu)
  8. Nie lubię ograniczeń (dieta, harmonogram posiłków, zmuszanie się do czegoś, na co akurat teraz nie mam ochoty, typu pory karmienia, konieczność wysiłku fizycznego), lubię wszystko robić po swojemu, we własnym wybranym przeze mnie tempie
  9. Zamiast karnetu na siłownię czy inny fitness wolę kupić 3 książki i je przeczytać w wolnym czasie
  10. Pani Chodakowska w swoich filmikach z ćwiczeniami za dużo krzyczy, ma niemiły głos, jest zbyt ekspansywna – i tak bardzo fit, że aż nie mogę na nią patrzeć, a ponad to jest taka komercyjna – wszędzie ona i ona, był czas, że blokowałam znajome, które udostępniały w mediach społecznościowych ją i jej posty
  11. Mam wystarczająco dużo energii do życia, do pracy, do odpoczywania
  12. Nie lubię brać tabletek i innych specyfików suplementowych, przyspieszających itd.
  13. Lubię żyć po swojemu w swoim tempie, a nie pod dyktando ćwiczeń, posiłków, brania wspomagaczy itp.
  14. Mam nieuregulowany tryb życia – czasem prowadzę szkolenia, czasem chodzą na jakieś spotkania, czasem wyjeżdżam na kilka dni – to wiele komplikuje
  15. Mam małe piersi, a jak wiadomo, podobnie jak pączki nie idą w cycki, tak i przy odchudzaniu pierwsze skąd znika tłuszczyk – to właśnie stąd

Tak, prawda – to wszystko to moje wymówki.

 

Z pewną jednak nieśmiałością – próbuję inaczej

ŻYJĘ (1)

W tym roku mam dwa ważne śluby z weselami. Na jednym nawet będę stała pośrodku kościoła tuż za Panną Młodą – no nie mogę zbytnio przyciągać uwagi, a raczej odciągać uwagi od Panny Młodej, nie wypada….

Ale niezależnie od tego, ze względu na zmianę podejścia do życia, świadomości w różnych obszarach, nieco zmieniłam nawyki i zaczęłam o siebie dbać. Jak do tego doszło, co się wydarzyło? Przede wszystkim odkryłam, że moje ciało i organizm postarzały się, nie można oczekiwać ciała dwudziestolatki mając prawie lat czterdzieści. Uświadomiłam sobie, że bardzo lubię gotować, jeść – sprawia mi to przyjemność. Życie jest za krótkie by się ograniczać, by odmawiać sobie przyjemności. A jeśli chcę nadal cieszyć się dobrym jedzeniem, musi ono być zdrowsze, a ja muszę niestety znaleźć jakąś aktywność fizyczną, która zniweluje skutki starzenia się organizmu.  Ta rewolucja myślowa bardzo mnie zmotywowała. I wiem, że nigdy więcej, przenigdy nie będę na żadnej diecie. Jak mam w poniedziałek ochotę na jajka, to zjem jajka na śniadanie, a nie twarożek i 3 figi. Albo zjem to, co będę miała w lodówce, bez stresu, że znów muszę iść na zakupy (czyli wydawać pieniądze). A poza tym, w mojej postawie fit babki mają udział:

Mąż, który nagle zaczął być bardzo fit, dbać o swoje odżywianie, korzystając jednocześnie z zajęć na siłowni – z jednej strony pozwala mi to wprowadzić zdrowsze jedzenie (mamy parowar, ale nie przekonałam do niego jeszcze naszej nastoletniej latorośli, która woli jednak tradycyjne jedzenie, a mój mąż je o dziwnych porach), a z drugiej niewątpliwie mobilizuje – nie mogę wyglądać jak worek z kartoflami, gdy razem pójdziemy na plażę w lecie (no i muszę opracować jakiś plan na czyhające zgrabne dwudziestolatki, więc muszę być bardziej jak one a nie jak worek z kartoflami, żeby mnie poważnie potraktowały i poczuły zagrożenie), Swoją drogą bardzo podziwiam mojego Męża za systematyczność i zaangażowanie, i że mu nie spada motywacja. Być może jest to sprawa kontaktów z bratem, w końcu mają dla siebie czas i wspólne sprawy. Poza tym, będziemy mieli więcej wspólnych tematów, bo gdzieś nam się wspólność bycia rozjechała pod koniec drugiej dekady. No i będę miała eksperta obok.

Ćwiczę

Pewien filmik obejrzany na portalu informacyjnym zupełnie przypadkowo – no jak z TAKIEJ PANI zrobiła się taka INNA fit pani, a bycie fit stało się jej pasją (założyła własny klub dla pań), stylem i sensem życia to jednak chyba da się

Do wysiłku fizycznego przekonał mnie tylko jeden argument: wysiłek fizyczny da mi więcej endorfin, energii, jasność umysłu i ułatwi wstawanie wcześniej, z energią. Ruch to zdrowie – próbuję zatem ćwiczeń w domu (w sieci jest wiele nagrań, mnie najbardziej przypadła do gustu MEL B – nie pytajcie, dlaczego – no nie wiem, może chodzi o głos lektorki); już po drugim dniu ranek był radośniejszy i jakoś łatwiej mi się wstawało, a mój mózg wydajniej pracuje

Odkryłam książkę Ani Lewandowskiej, która bardzo mi przypadła do gustu, przeczyłam od deski do deski (ok, opuściłam jeden rozdział, zgadnijcie jaki) i postanowiłam zdrowo się odżywiać, uregulować metabolizm bez wyrzeczeń i oporu psychicznego (zamiast być na diecie) – książka nieco mi przestawiła w głowie na tryb zdrowego odżywiania

Trafiłam surfując po sieci na bloga Ani Stankiewicz lifestylerka.pl i Moniki Gabas drLifestyle.pl – znalazłam tam wiele informacji użytecznych, wiele super przepisów, bez lansu, parcia na szkło i po ludzku podanych

Kreowanie nowych, zdrowych nawyków – np. codziennie przed wyjściem do pracy jem miseczkę owsianki – śniadanie najważniejsze!

Przyjęłam do wiadomości, pewne fakty: w moim wieku to już i o zdrowie trzeba trochę zadbać i żeby mieć jako taką figurę niestety trzeba w to włożyć wysiłek – ciało zmienia się z wiekiem, metabolizm się zmienia, hormony się zmieniają, tryb życia się zmienia – samo się nie zrobi, no pogodziłam się z tym

 

JEM

Nie chcę mieć już nigdy problemu z zakładaniem skarpet, a jeśli teraz się za siebie nie wezmę, to z każdym miesiącem będzie mi trudniej

Jak kiedyś schudłam to wyrzuciłam wszystkie wielkie rzeczy, a teraz mam tylko mniejsze rozmiary, a spodnie cisną mnie w łydkach

Przy małych piersiach szerokie biodra i cała reszta wyglądają koszmarnie

Zwolniłam, przełączyłam się w tryb slow life – wiele rzeczy odpuściłam, wybrałam inne – mam więc więcej czasu by o siebie zadbać i stać się bardziej fit (w końcu trzeba przyznać, że taka Mel B jest na pewno ode mnie starsza a ma taką figurkę, że hoho)

Taki zdrowszy i ruchliwy styl życia powoli zaczyna mi pasować – ale nie chcę być postrzegana jako fit babka. Nie lubię komercji czy owczego pędu, ulegania modom – dlatego nie myślałam nigdy żeby mieć cokolwiek z jabłkiem, żeby być fit, żeby biegać, żeby ćwiczyć z panią E.CH., mam w sobie strasznie dużo buntu

Kaśka

PS. Do napisania tego posta (dość otwartego) skłoniła mnie refleksja, że wszystko można osiągnąć, że wszystko da się osiągnąć, tylko trzeba do tego dojrzeć, znaleźć motywację, dojść po swojemu, zmienić postawę, myślenie, dopasować do siebie aktywność czy zestaw ćwiczeń, znaleźć swój rytm oraz skutecznych i pasujących do siebie mentorów / guru / autorytety – tak jak mnie przekonała książka Ani Lewandowskiej (głównie poprzez formę wizualną) i głos lektorki z ćwiczeń MEL B. I wiecie co – dzisiaj jest dopiero 4 dzień, gdy poćwiczę – ale kończę szybko tego posta, bo już ta pora, gdy czas na ćwiczenia, a ja od kilkunastu minut przyspieszam i przebieram nogami, bo już mi się chce. 3 dni i już nie mogę się doczekać kolejnej porcji wysiłku fizycznego. A najlepsze jest to, ze o ile po pierwszym dniu wszystko mnie bolało, o tylko po drugim już mniej, a dzisiaj nic mnie nie boli, żadnego zakwasu, nic.

2 myśli na temat “Dlaczego nie lubię być FIT babką?

  1. Świetny post. Bycie fit jest przereklamowane – służy tylko do lansu. Ja nigdy nie byłam i nie zamierzam być na diecie, aktywności fizycznej nie uprawiam, a pomimo wszystko czuję się świetnie. Nie ważę ani za mało, ani za dużo. Talia może nie jest osy, ale przynajmniej nie wyglądam jak deska do prasowania. Najbardziej boli mnie, gdy patrzę na dzisiejsze nastolatki i te ich głupie nawyki typu: muszę być szczupła, fajna i powabna. Robią z siebie idiotki tylko po to by przyciągnąć wzrok chłopców. Żal mi tych „fejmerek”. Nie wiem gdzie są rodzice, ale to co wyprawia się z młodzieżą (zwłaszcza żeńską częścią) jest odrażające i przerażające. BYCIE FIT I UPRAWIANIE SPORTU JEST DLA MNIE ODRAŻAJĄCE.
    tyle w temacie, pozdrawiam (:
    świtkawiktoria

Dodaj komentarz