Poza etatem – miesiąc drugi i trzeci prawie też

Polkanazasiku

Nadal jest cudownie! Muszę przyznać, że całkiem fajnie mi tu jest. Bezrobocie jest OK.

Są jednak i czarniejsze strony. Bezrobocie nie jest jednak takie kolorowe. W drugim miesiącu mojej bezrobotności skończyły mi się pieniądze i doznałam stanu upadku duchowego i emocjonalnego. Łatwo nie jest. Prosto też nie. Tym bardziej, że nadal działam wielokierunkowo, próbując cokolwiek zarobić na życie (rachunki, jedzenie, jakieś świąteczne prezenty itp.).

Tymczasem krótkie podsumowanie listopada i już prawie grudnia czyli dwóch kolejnych miesięcy (nie całkiem chronologicznie).

Ten tekst zawiera sprzeczności. Zdaję sobie z tego sprawę. Niby jest tak, a jednak inaczej. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niby fajnie, a jednak strasznie i beznadziejnie. Niby mam czas, ale go nie mam. Niby ciągle pracuję, a nic nie zarabiam. Pfffff. Ten post zaczęłam pisać na początku grudnia i zanim skończyłam mamy prawie styczeń.

  1. Wynajęliśmy lokal na biuro. Duży, przestronny, 2 pokoje, toaleta i „kanciapka”, w zasadzie nie wymagający remontu. Głównie siedzę w nim sama, ale przynajmniej wykonuję jakieś zadania związane z pracą, bo w domu nie byłam w stanie się skupić i zaangażować. O ile na początku jeszcze jakoś dawałam radę, traktując pranie, sprzątanie i gotowanie jako „w międzyczasie”, o tyle z każdym tygodniem bardziej to ogarnianie rzeczywistości pogłębiało się i w końcu zawładnęło całkowicie moim czasem – pracowałam w międzyczasie, z doskoku, jak już ogarnęłam życie.biuro
  2. Wpadłam w pułapkę powinności i zobowiązań, które doprowadziły do przytłoczenia przez konieczność ogarniania świata i spełniania różnych zobowiązań, pojawiających się dość niespodziewanie. Wynikały one również z mojej zachwianej (w dół) asertywności i poczucia nadmiernego obowiązku wynikającego z tego, że skoro siedzę w domu, to przecież wszystko mogę zrobić bo na wszystko mam czas i jestem dyspozycyjna. Z drugiej strony próba pogodzenia oczekiwań wszystkich i konieczność w międzyczasie chociażby wysyłania kolejnych ofert czy przygotowania własnego biznesplanu na pozyskanie dotacji spowodowały totalną dezorganizację mojego życia, a co za tym idzie stres wynikający z tego, że nie mam czasu spokojnie usiąść i pomyśleć, czy wykonać pracy, którą chciałabym wykonać. Bo ja lubię projekty. I stresuję się, gdy nie mogę się nimi zajmować. Przez co najmniej 2 tygodnie próbowałam ogarnąć na tyle życie i świat (dom, obowiązki, oczekiwania, zobowiązania), aby móc usiąść i pomyśleć oraz popracować. Problem w tym, że ogarnianie się nie kończy. Podobnie jak „małe sprawy” – patrz poniżej. Niemniej – bezrobocie jest OK.
  3. Zrozumiałam zasadę „zjedz najpierw tę żabę” – generalnie dotychczas w moim zarządzaniu czasem (planowanie, priorytety, zadania i te inne sprawy czyli bułka z masłem dla mnie) nie przestrzegałam tej zasady, bo uważałam, że warto najpierw wydelegować (niech się w międzyczasie dzieje), ogarnąć te maluczkie sprawunki (odhaczę małe sprawy, żeby mi nie wisiały nad głową i w końcu zajmę się moją żabą, żeby w tym czasie nikt się mnie nie czepiał o te małe rzeczy, których jeszcze nie zrobiłam). Niestety moja teoria przestała się sprawdzać. Żaby mnożą się i klonują, a ja dalej „jeszcze tylko to i jeszcze to i to” – a jak już wszystko zrobię to nie mam już czasu /siły na żaby. A one się jakoś nie utylizują niestety. Dlatego teraz rozumiem tę zasadę i stwierdzam, że na pewno jest skuteczniejsza niż moja postawa wobec dużych spraw. Powinnam wziąć się najpierw za najważniejsze i największe zadania i mieć je z głowy, zamiast zostawiać je na ostatnią chwilę. Klasyczny błąd laików w zakresie organizacji pracy!
  4. Projekt MIKOŁAJ, który pojawił się dość spontanicznie i równie szybko zszedł z afisza. Ponieważ jestem zwolenniczką działania a nie gadania (chociaż z drugiej strony bardzo lubię wymyślać i kreować, a realizacje powierzyłabym komuś innemu – głównie z lenistwa), bardzo zapaliłam się do pomysłu wymyślonego przez partnera biznesowego (PB), a mianowicie zorganizowania wizyt mikołajowych. Po prostu stwierdziłam, że JOŁ JOŁ JOŁ HOHOHO zróbmy to! Niestety po 2 dniach, wraz z kolejnymi wymyślonymi przeszkodami, pomysł ten  został zarzucony i została po nim tylko do wykorzystania domena przezkomin.pl. Chciałam podziałać, poczuć wiatr w żaglach, coś zrobić realnego. Zrobić, a nie tylko mówić żeby zrobić, przezwyciężyć przeszkody. A tu dupa. Postawa wycofywania się zamiast walki jest mi totalnie obca w sprawach biznesowych i zawodowych. Odpuszczanie leży w mojej naturze tylko w sprawach domowych (sprzątanie i takie tam). Od kiedy jednak jest PB nie decyduję sama.
  5. Mam czas, żeby się zatrzymać (czyli podróż trochę sentymentalna na Roztocze). Bezrobocie jest OK bo w zasadzie to nic mnie nie goni. Nigdzie się nie muszę spieszyć. Nie muszę przekładać, spinać tyłka i robić demolki w harmonogramie tylko dlatego, że spadło coś na głowę niespodziewanie (jak wieść, że do Tomaszowa kurier nie dostarczy z dnia na dzień przesyłki na 9.00). Pojechałam więc złożyć ofertę osobiście i właśnie taka mnie naszła refleksja w drodze powrotnej. Wracając pojechałam przez Roztocze – do Krasnobrodu i Zwierzyńca. Mogłam zatrzymać się i robić zdjęcia, przejść się po starych szlakach i podziwiać jesienno – zimowy krajobraz. Tak to jest, jak się nie trzeba donikąd spieszyć. I niby mindfullness, ale bardziej slow life to miałam na etacie.DSC03739
  6. Pracuję non stop – znacznie więcej niż wtedy, gdy pracowałam na etacie. Czy bezrobocie nadal jest OK? Pod tym kątem wypada słabo. Bo na etacie to szłam na 8 i wychodziłam (przeważnie) o 16.00. Tymczasem na bezrobociu ciągle coś robię, bo nie mam sztywnych godzin pracy. łatwo odkładać na później, wybierać, co się bardziej chce teraz. Jak w ciągu dnia więcej ogarniam, to po południu biegam na spotkania i piszę. Jak rano popiszę, to po południu ogarniam. Mam poczucie, że ciągle pracuję, a nic z tego nie mam, w sensie pieniędzy głównie. Mam nadzieję, że te wszystkie składane oferty, na przygotowanie których poświęcam długie godziny – w końcu eksplodują i nie będę mogła się opędzić od zleceń, a co za tym pójdzie – w końcu odbiję się od finansowego dna.
  7. Dodatkowo zauważyłam, że praktycznie w ogóle nie czytam – bo ciągle ogarniam albo pisze, ofertuję, sprawdzam…. i to mnie irytuje. Bezrobocie więc zupełnie nie jest OK.
  8. Ale za to miałam czas zabrać moją Mamę na wystawę Picassa – tak naprawdę nie często mam czas na to, aby obcować ze SZtuką. A Picassa pewnie nie będę miała okazji więcej razy oglądać – w naszym pięknym Lublinie wiele się dzieje, ale nie są to niestety jakieś spektakularne wydarzenia. Dlatego bardzo się cieszę – sprawiłam radość Mamie i spędziłyśmy razem trochę czasu. Podczas wystawy, oprócz oprowadzania Kuratorki, był również pokaz filmu, który zrobił na mnie wielkie wrażenie – o tym, jak Picasso tworzył swoje obrazy („Tajemnica Picassa” – fragmenty dostępne na YT).20171201_172643[1]
  9. Mam pewne wartości – rzetelność, terminowość, umiarkowana ekologia – stanowczo mówię nie bylejakości i marnotrawstwu wszelakiemu. Budując własny biznes w jakimś sensie dużo więcej czasu spędzam z innymi ludźmi. Budowanie relacji, interakcje, spotkania, wspólne załatwianie spraw, wspólne projekty i przedsięwzięcia – to wszystko sprawia, że lepiej poznaję ludzi i ich styl pracy a także ich wartości życiowe i biznesowe, kręgosłup moralny i temu podobne. Podczas bezpośredniego spotkania można zobaczyć o wiele więcej niż mailowo czy przez telefon. Chciałabym, aby moi współpracownicy, zwłaszcza ci, z którymi buduję wspólny biznes, również prezentowali sobą pewne postawy i wartości zbieżne z  moimi. Punktualność i terminowość, oszczędność (rozumiana jako nie marnotrawienie zasobów) oraz umiarkowane eko – czyli jak nie muszę drukować, to nie drukuję, jak mogę posegregować to segreguję, jak mogę oszczędzić, to oszczędzam. Wiem, że trzeba być elastycznym ale bez przesady. Jak mówię, że coś zrobię do piątku i nie zrobiłam, to w piątek dzwonię i informuję, a nie odkładam telefon na później, nie mówiąc już o robocie. Długo pracowałam na opinię w branży i nie zamierzam dopuścić do tego, by ktoś te moje starania zniweczył!
  10. Bywam. Bezrobocie daje sporą swobodę czasu, nie trzeba brać urlopu. Mam w końcu możliwość bezkarnego i dobrowolnego bywania na różnych wydarzeniach bardziej lub mniej branżowych – od początku bezrobocia byłam już na Startup Weekend Lublin, Europejskim Tygodniu Innowacji i kilku innych konferencjach. Plusem tego bywania, poza nowym długopisem i notesem (a i to nie zawsze), jest możliwość spotkania innych przedsiębiorców, spotkania znajomych (którzy zawsze mogą mnie komuś przedstawić), poznania potencjalnych partnerów biznesowych lub klientów. Oczywiście doskonale jest, jeżeli jest pyszna kawa i dobre jedzenie (jedna z najlepiej cateringowo ocenionych przeze mnie konferencji była obsługiwana przez firmę Pogotowie Cateringowe). Niestety wiele osób uważa, że to tylko przyjemność, takie szlajanie się po konferencjach itp., a tak naprawdę to też część mojej pracy – nawiązywanie kontaktów, zbieranie i wymiana informacji, inspirowanie się. Trzeba jednak spojrzeć na to z drugiej strony – mogłabym w tym czasie szkolić, albo pisać coś, przeglądać bazę konkurencyjności i tworzyć oferty. Decydując się na spędzenie jednego czy kilku dni w miesiącu na tego typu spotkaniach albo muszę nadrobić ten czas wieczorami, albo generuję tzw. koszty utraconych korzyści. Mogłam w tym czasie zarobić na czynsz, a poszłam tuczyć dupę, mimo, że nie reprezentuję trendu turystyki konferencyjnej (ludzie, którzy zajmują się chodzeniem na darmowe konferencje, zbieraniem gadżetów i korzystaniem z darmowej kawy i jedzenia). ETI
  11. Chodzę sobie. Nadal dość dobrze radzę sobie z krokami i zwiększam cele. Ale też nie przeginam, cieszę się gdy pobijam jakiś rekord, ale nie lecę w deszczu, by wyrobić dzienną dawkę 9000 kroków. Ponieważ ostatnio również pożyczyłam swoje auto, odkryłam zalety i ekonomię korzystania z komunikacji publicznej (i niestety przypomniałam sobie, z jakich powodów wolę być nieekologiczna i nieekonomiczna). Bezrobocie sprawia, że zasiłek nie do końca starcza na benzynę, więc chodzenie jest w cenie.
  12. Zaniepokoiłam się tekstem na jednym z czytanych przeze mnie blogów, dotyczącym tego, że autorka porzuciła życie freelancerki i wróciła na etat. Kurcze. Czyli po pewnym czasie przestaje to tak różowo wyglądać, być fajne i wystarczające i nie chodzi tylko o pieniądze z wynagrodzenia miesięcznego.
  13. Dostanę dotację na dofinansowanie rozpoczęcia działalności – wspaniale! Będę prowadziła szkolenia dla przedsiębiorczych kobiet. I legalnie rozwinę swoją markę. Już się robi nowe logo i wizualizacja.

Kaśka

PS. Kto mnie zna, ten wie, że bezrobocie mnie nie dotyczy – po prostu inaczej rozkładam zadania w czasie i nie dostaję pensji a zasiłek. Każdy też wie, kto zna mnie, że bezrobocie to dla mnie stan wymuszony i przejściowy poniekąd z wyboru – minie, a ja zapomnę, że tak było. Kto mnie zna ten wie też, że na tym bezrobociu, to ja ani dnia bezrobotna i bez roboty nie byłam. taka karma, taki charakter, taki klimat.

2 myśli na temat “Poza etatem – miesiąc drugi i trzeci prawie też

  1. Kasiu, to, że ja wróciłam do pracy na etacie nic nie znaczy. Tzn. dla mnie znaczy, ale nie musi być tak, że Ty też będziesz musiała wrócić do biura od 8 do 16. Czasem człowiek chce sobie ułatwiać życie, a dla mnie na tym etapie łatwiej jest „odrobić” zadania w biurze i wrócić do domu z czystą głową. Nie znaczy jednak, że będę tam pracować aż do śmierci. Kto wie, może za kilka miesięcy znowu wrócę do freelancerki. Nasze decyzje nie zawsze muszą być ostateczne. Trzymam kciuki!

    1. Kasiu,
      To dla mnie wielki zaszczyt, że wpadłaś tutaj zobaczyć i zostawiłaś komentarz. Twój post oświecił mnie nieco – w sumie sama wynajęłam biuro po to, aby nie zmuszać się do pracy w domu. Ale na razie nie myślę o etacie w ogóle. Życzę Ci wszystkiego najlepszego! Ważne, aby żyć ze sobą a nie wbrew sobie.

Dodaj komentarz