O ludziach, co zawsze się spieszą

spieszyć się… i zawsze są spóźnieni, nigdy nie zdążają na czas.

Chcesz wiedzieć, dlaczego?

Ja również chciałabym to zdefiniować. Nie wiem, jakie są uwarunkowania genetyczne, preferencje nawykowe i w jaki sposób to się odbywa, co determinuje takie zachowania. Jednak jest grupa ludzi, którzy po pierwsze zawsze się spieszą a po drugie, pomimo tego, że się spieszą, i tak nigdy nie są na czas. I ciągle są zajęci, bez przerwy coś robią. Zawsze są zmęczeni, nie potrafią się wyspać, wypocząć.

Ludzie, którzy ciagle się spieszą przypominają mi goniące w kółku treningowym chomiki… biegnie przed siebie, krok za krokiem, krok za krokiem, i nie potrafi znaleźć wyjścia, póki nie padnie (nasz chomik właśnie w taki sposób wyzionął ducha – znaleźliśmy go właśnie w kółku)

Co dziwniejsze – jest wśród tych osób podgrupa, która ma naprawdę niewiele zaplanowane, niewiele na liście zadań i generalnie niewiele do zrobienia. Mimo, że nie mają z czym zwlekać – zwlekają, odkładają, rozciągają czas w nieskończoność. Tylko, że czas rządzi się własnymi prawami i się nie daje!

Ja się rzadko spieszę, ale też bardzo rzadko się spóźniam

Życie według filozofii slow life jest bardzo proste i nie wymaga niczego więcej, poza przestawieniem w głowie pewnych skryptów i odnalezieniem własnego tempa i balansu. Wymaga maksymalnego odpuszczenia (sobie i innym), uproszczenia tego, czego odpuścić nie można i znalezienia sposobu / strategii na to, by to, co konieczne wykonać. W terminie. Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę.

Pospiech to adrenalina

Nie zawsze jednak żyłam slow. Przez bardzo długi czas żyłam w tempie. Szybkim tempie. jestem zadaniową osobowością, wiec lista rzeczy do zrobienia wyznacza mi jakby rytm życia. Terminy, zadania, spotkania – dzięki temu czuję, że żyję i że pracuję. Czuję, że jestem pomocna, potrzebna. Muszę mieć jakąś listę zadań, to porządkuje mi dzień, tydzień, miesiąc. Lubię zaczynać, ale jeszcze bardziej lubię kończyć. Im szybciej skończę, tym szybciej będę mogła zacząć następną rzecz, lub odpocząć – o tak, ja bardzo lubię odpoczywać i w związku z tym tak sobie planuję, żeby mieć na to czas.

Pamiętam te czasy w pędzie, w biegu. Kiedyś tak szybko pędziłam, że wsiadając do auta usiadłam na fotelu pasażera. I dopiero wówczas okazało się, że sama prowadzę, że jestem sama i sama lecę załatwiać kolejną rzecz.

Pośpiech to adrenalina – koniecznie w dzisiejszych czasach trzeba się spieszyć. Lecieć. Od A do C zaliczając B. Z klapkami na oczach, od zadania, do zadania. Sprint, bieg, pęd, wyścig – rywalizacja z samą sobą. A rywalizacja to adrenalina. Zdążę ja, zmieszczę się w czasie? Czy wygra czas, termin minie i … przegram? Nikt nie lubi przegrywać, więc szybko, szybciej…. Adrenalina pompuje krew, szumi w głowie, lecę na oślep – tak było przez wiele lat.

Miałam zbyt wiele ról, zbyt wiele zadań, za dużo obowiązków, za często mówiłam MUSZĘ, za bardzo mi się wydawało, że moja rola jest kluczowa, że jak nie będę TU, nie zrobię TEGO to … świat się zawali, firma się zawali, ja nawalę, stracę wiarygodność, utracę autorytet.

Moja Mama swego czasu mówiła, że do mnie trzeba się zapisywać na audiencję, żemy się ze mną zobaczyć. Trzy tygodnie wcześniej trzeba się zapisywać.

Kurcze, teraz głównie tylko chcę i świat nic się nie zmienił… nic się nie zawaliło, a ludzie cenią mnie jeszcze bardziej za to, że mówię: w ten weekend wyjeżdżam rodzinnie, zajmę się tym w poniedziałek…

Perfekcjonizm wynikający z lenistwa

Mam ten szczególny nawyk, że lubię wszystko zrobić porządnie od razu, gdyż szkoda mi naprawdę czasu na poprawki wynikające z tego, że coś wraca, bo nie jest dobrze zrobione za pierwszym razem. Jak mnie to irytowało, że kiedyś musiałam wszystko zrobić od razu natychmiast, żeby się wykazać, a później musiałam to zrobić jeszcze raz i jeszcze raz.

Teraz poświęcam na zadania odpowiednio dużo czasu, wiem, ile czasu potrzebuję na zrobienie rzeczy, które już robiłam, a jak mam coś nowego, to nie zwlekam z zaczęciem – a wszystko po to, by jak najszybciej zakończyć, nie zaprzątać sobie głowy tym, że czegoś nie zrobiłam, że ciągle mam to na liście, że przekładam, że nie jest wystarczająco pilne / ważne (chociaż oczywiście są takie rzeczy, które czekają na dedline).

Przeważnie jednak, robię w najwcześniejszym możliwym terminie – bo zawsze może coś wypaść w między czasie takiego super ważnego i krótkoterminowego i wtedy nie ma czasu na to, co odkładałam, zamiast się tym zająć w czasie, który miałam dostępny (ale wolałam czytać, pisać bloga itp.). lepiej wiec od razu i porządnie – prowizorki zawsze się odbywają czkawką i trzeba wszystko zaczynać od nowa.

Z czego zatem wynika pośpiech?

Chyba z tego, tak wynika z moich obserwacji, że adrenalina mobilizuje, spinasz tyłek i lecisz szybciej. Bez deadline’u niektórzy nie są w stanie zacząć, nie mogą się zmobilizować. dzisiejszy świat, media, technologie, miasta nie sprzyjają filozofii slow – jak się nie spieszysz i jesteś na czas to nie jesteś wystarczająco cool. Pośpiech, zapychanie życia kolejnymi do odhaczenia zadaniami, bywanie tylko po to, by się pokazać, a nie coś przeżyć – a z drugiej strony wszędobylska prokrastynacja, wybieranie wygody i odpoczynku PRZED wykonaniem zadań to choroby i dolegliwości naszego pokolenia. Przykre.

Konkludując

Wkurzają mnie ludzie, którzy mając dużo czasu na zrobienie czegoś, czekają do ostatniej chwili, mimo, że wiedzą, iż zawalą termin. Opóźniają tym samym pracę innych osób, narażając siebie i kogoś na dodatkowe koszty. Na straty. Na utraconą korzyść. Ich pracę charakteryzuje opieszałość i gadulstwo. Po prostu nie są wstanie być na czas. Zrobić na czas. Czekają na palec, który ich popchnie.

A przecież można to zmienić, po co się tak stresować tymi terminami? Zmiana kilku nawyków rozwiązuje ten problem po miesiącu. Ale nie. Wolą się śpieszyć, spóźniać, stresować, lecieć z obłędem w oczach. No być może w tym szaleństwie jest rzeczywiście jakaś metoda.  No wkurza mnie to. Denerwuje. Nie lubię takich osób. Ale czasem zaciskam zęby i akceptuję w imię wyższych idei.

Kaśka

Dodaj komentarz